czwartek, 5 maja 2016

PUNKT WIDZENIA ZALEŻY OD PUNKTU SIEDZENIA


Czyli o tym jak mało wiedziałam o macierzyństwie, gdy nie miałam dzieci:)

Jakieś 8 lat temu, niedługo po ślubie zamieszkaliśmy z mężem w wynajmowanym mieszkaniu na 2 piętrze bloku na jednym z osiedli mojego ukochanego, rodzinnego miasta.
Nad nami mieszkała kobieta z dwójką dzieci w wieku szkolnym (podejrzewam ok. 10-11 lat) i psem. Zdarzało się, że piesek załatwiał się na balkonie, a później jego siki kapały na nasz balkon (fuuuj)!!!!
Ale nie o psie chciałam pisać.

Dzieci były żywe, bardzo żywe!!! Zdarzało się, że jeździły na rolkach po mieszkaniu do późnych godzin wieczornych, gdy my już leżeliśmy w łóżku szykując się do spania.
Bardzo często też, matka na nie krzyczała. Zdarzały się również przekleństwa w ich kierunku. Wtedy wydawało mi się to nienormalne i chore.
Bo jak można krzyczeć na takie dzieci?
Przecież można wszystko na spokojnie załatwić, porozmawiać, wytłumaczyć!!!! (tak wtedy myślałam!!!)
Ponieważ miałam znajomości w MOPSie poprosiłam o interwencję. Okazało się, że wszystko jest ok i nic złego tam się nie dzieje. Dzieci nie są bite ani nikt się nad nimi nie znęca (myślałam: "Jak to przecież TO BABSKO tak się na nie zdziera!!! Jakaś psychiczna!!!!")


Teraz jestem matką dwójki dzieci i zastanawiam się czasami, co myślą o mnie nasi sąsiedzi???!!!!
Co prawda, nie pozwalam moim dzieciom jeździć po domu na rolkach, ale przez dzień słychać od nas różne odgłosy.
Są to zarówno odgłosy:
·         spadających klocków,
·         rzucanych przez dzieci zabawek,
·         biegania po mieszkaniu (a ponieważ mamy tylko panele, więc podejrzewam, że trochę to słychać pod nami)
·         no i z bólem serca oraz wstydem muszę przyznać, że także moje krzyki (chociaż trafniejszym określeniem byłoby darcie gęby!!!) na dzieci, przekleństwa (a wierzcie mi, że potrafię rzucić mięsem) i małżeńskie kłótnie (które zdarzają się mimo, że nasi znajomi uważają nas za świetne, zgrane i przykładne małżeństwo).


Już wiem, że dzieciom nie zawsze da się wszystko na spokojnie wytłumaczyć.
Już wiem, że krzyczenie na dzieci nie zawsze oznacza znęcanie się. Często (przynajmniej w moim przypadku) jest jedyną metoda na to, by dziecko usłyszało co do niego mówię a także oznaką mojej bezsilności.
Już wiem, że wychowanie dziecka jest trudną, ciężką harówą, że są łzy, problemy, kłótnie i że czasami padają słowa, które z ust rodzica paść nie powinny.

Jest mi ogromnie wstyd i bije się w pierś za ten donos na biedną kobietę, która przecież sama wychowywała dwójkę dorastających dzieci i pewnie dwoiła się i troiła, żeby niczego im nie brakowało i podziwiam ją za to, że jeszcze nie zwariowała!!!!

No cóż.
Życie nauczyło mnie tego, że nie wszystko jest takie jak nam się wydaje i czasami trzeba wczuć się w czyjąś sytuacje, poznać kogoś bliżej, bądź w takiej sytuacji się po prostu znaleźć, żeby zrozumieć!!!!
http://www.demoty.pl/t/matka/2

TyleJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz