Cały proces trwa od kilku godzin, nawet do kilku dni.
Zależy to oczywiście od weny, pomysłu na wpis, a także od czasu spędzonego bez dzieci, w ciszy, sam na sam z własnymi myślami (a jak wiadomo z dziećmi przebywam cala dobę, więc i tak sukcesem jest, że w ogóle znajduję czas na pisanie).
A wygląda to mniej więcej tak:
Na początku oczywiście jest pomysł.
Nie zawsze mam czas, żeby spisać swoje myśli na bloggerze.
Biorę wtedy telefon i w notatkach dziergam najważniejsze zdania lub słowa, które pomogą mi (kiedy będę miała już więcej czasu) przypomnieć sobie, to co przyniosła mi wena.
Gdy już znajdę chwilę na to by wejść na bloggera (najczęściej na telefonie) spisuje słowa lub zdania zapisane w notatkach, a także to, co akurat rodzi mi się w głowie.
Nie zwracam wtedy uwagi na ortografie, przecinki ani przekręcone czy źle napisane wyrazy.
Gdy przeleję całe swoje myśli na papier i wpis uważam za wstępnie zakończony, czytam wszystko od samego początku.
Nie może to być bezgłośne czytanie, tylko takie lekko słyszalne, żebym poczuła się, jakbym to komuś opowiadała.
Inaczej nie mogę się skupić na całości wpisu, tylko na danym zdaniu.
Jeszcze się nie zdarzyło żebym czytała wpis i czegoś nie poprawiła, nie zmieniła, nie usunęła albo nie dodała i nie chodzi mi tu o interpunkcje, brakujące litery czy błędy ortograficzne.
Nie, nie! To jeszcze nie ten moment. Ale na wszystko przyjdzie odpowiedni czas.
Czytam wiec kolejny raz.
Gdy dochodzę do wniosku, że już niczego nie chce zmieniać, czytam po raz kolejny (to już chyba 3).
Po raz czwarty czytam poprawiając błędy i znaki interpunkcyjne oraz sprawdzam czy całość jest w miarę stylistycznie i zrozumiale napisana.
Czasami muszę przestudiować wpis jeszcze kilkakrotnie, żeby się upewnić, czy na pewno wszystko jest tak, jak chciałam.
Później googluję w poszukiwaniu odpowiedniego obrazka, fotografii, a czasami tekstu, który najbardziej pasuje do danego tematu, bądź wpisu.
Zdarza się, że znajduję od razu to, czego szukałam, jakbym już w głowie miała wirtualny obraz, tylko potrzebuje odnaleźć go w rzeczywistości.
Jak już widzicie, to nie jest tak hop-siup i już.
A jakby tego było mało to podczas pisania mam co jakiś czas przerwy np. na zrobienie bądź podgrzanie obiadu, posadzenie malej na ubikację, jedzenie, mycie naczyń, pomaganie w odrabianiu lekcji starszej córce, kąpiel dzieci i swoją, kolację, rytuał przed spaniem itp.
Nawet wieczorami, gdy dzieci już śpią, nie zawsze potrafię tak od reki wszystko ubrać w odpowiednie słowa, poprawić i wrzucić.
Nieraz po prostu brak mi weny, chęci, pomysłu, a niekiedy dzieci jak na złość spać nie mogą bądź przebudzają się kilkakrotnie zanim zasną twardszym snem, więc zanim skupię się na czytaniu to znowu muszę do nich iść.
Obawiam się też, że gdy wróci mój mąż, nie będę mogła pisać tak często, jak teraz.
Głównie chodzi o to, że całego bloga prowadzę w tajemnicy przed nim.
Potajemnie więc będę musiała robić wszystko to, co ostatni dzień robię jawnie.
Może kogoś to dziwi.
Nie obchodzi mnie to.
Piszę bloga dla siebie.
Po to, by wyrzucić złe emocje, wyżalić się, ponarzekać, przemyśleć coś i nie chce się zastanawiać, czy to męża nie obraziło, nie uraziło albo nie wkurzyło. Nie chcę mu się też tłumaczyć ze swoich wpisów, a wiem, że niektóre by mu się nie spodobały.
![]() |
| http://www.spidersweb.pl/2013/11/internet-slowa-czyli-smierc-ironii.html |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz