29 KWIECIEŃ
Postanowiłam!!!!
Nie będę
przez długi weekend siedzieć w domu czekając, aż ktoś mnie odwiedzi (albo i
nie).
Zabieram
dzieciaki, pakuje tylko najpotrzebniejsze rzeczy i jadę do mamy na dłuuuugi
weekend!!!
Ale jak
tu spakować 3 osoby do jednej torby na 4 dni?
Ja
rozumiem walizkę taką, jak na wakacje, ale do torby o wymiarach 50/30/30!!!????
Trzeba koniecznie zrobić listę tylko niezbędnych rzeczy, które mam zabrać, żeby niczego nie
zapomnieć.
Ok.
Lista
jest.
Można
zacząć się pakować.
Na
początek trzeba obejrzeć pogodę, żeby wiedzieć, w co mniej więcej ubrać siebie
i dzieci.
Pogoda zapowiada
się mało optymistycznie :(
Ciuchy
przyszykowane (muszę jeszcze nadmienić, że moje szykowanie ciuchów nie polega
tylko na wyciągnięciu z szafy kilku rzeczy i spakowaniu ich. Wszystko musi do
siebie pasować. Jeśli przygotowuję ciuchy dla siebie muszę je wcześniej
przymierzyć, zobaczyć przed lustrem jak w tym wyglądam i jak się czuję. Jeśli
szykuje dla dziewczynek to rozkładam na podłodze i patrzę czy wszystko ze sobą
współgra kolorystycznie. Wiem, wiem, jestem NIENORMALNA, ale tak już mam).
Rozpoczęłam
pakowanie i doszłam do wniosku, że jeśli uda mi się spakować wszystko, co mam
na liście to będzie jakiś cud, i że może mi nie odpadnie ręka zanim dotaszczę
tą torbę na przystanek autobusowy, a później do mamy.
Na dziś
tyle pakowania.
Reszta
jutro.
30 KWIECIEŃ
Pakowania
ciąg dalszy.
Poprzedniego
dnia ułożyłam w torbie ciuchy dla siebie i dla dziewczynek oraz rajstopy i
bieliznę dla nas (dla najmłodszej kilka par rajstop i majteczek więcej, na
wypadek mokrej niespodzianki).
Tego dnia
dołożyłam jeszcze piżamki dla dzieci,
3
szczoteczki do zębów i pastę dla dziewczynek,
krem dla
nich i dwa moje (na dzień i na noc),
gumki i
spinki do włosów,
niezawodny
dezodorant,
ulubioną
perfumę dla siebie i oczywiście dla dziewczynek z Myszką Minie,
prostownicę,
kosmetyki
do makijażu,
butelka
na mleko,
dwa
smoczki (na wypadek zaginięcia jednego z nich),
dwa
płaszcze przeciwdeszczowe, folia na wózek (zapasowy wózek na szczęście mam u
mamy!), składaną parasolkę,
artykuły
higieniczne (bo zbliżają się TE dni),
ładowarka,
no i
oczywiście kilka podstawowych leków, które zawsze zabieram ze sobą na wyjazdy
(syropy, które piją codziennie plus przeciwbólowe, przeciwzapalne w razie
rozpoczynania się infekcji, coś na gardło, NO- SPA dla mnie).
Ufff
Torba
ledwo się zamknęła. Jest ciężka jak cholera!!! (zabrakło w niej tylko miejsca na pampersy, więc będzie trzeba je zakupić na miejscu).
W takich
chwilach bardzo żałuję, że nie jeżdżę autem!!!!
Wściekła
jestem na siebie, bo samochód stoi pod blokiem, a ja się ciągnę z dziećmi i
ciężką torbą na przystanek.
I tu
pozostawiam miejsce na wszelkiego rodzaju bluzgi i epitety, które rzucam (w myślach) w
kierunku mojej osoby:
%$#*%$#%&^*&%#$
Na wyjazd zabrałam też podręczną
torebkę, do której spakowałam jeszcze woreczki na wymioty w razie W.
Przed samym wyjściem dorzuciłam: coś do picia na drogę dla dzieci, a
także chusteczki nawilżane, higieniczne, pomadkę, telefon i portfel.
Ubrałam
dziewczynki, później siebie i wyszłam z domu (a tak właściwie to z bloku).
Gdy
przeszłam kilka kroków doszłam do wniosku, że chyba za grubo się ubrałam, bo
jak na złość w mój czarny płaszcz zaczęło nieznośnie świecić słońce (no ale
przecież nie będę się wracać do domu, aby się przebrać, bo potrwało by to
kolejne 2 dni :P)
Ale nic.
Poszłyśmy
twardo na przystanek.
Gdy już
jakoś tam doczłapałyśmy, dziewczynki usadowiły się na ławeczce i zaczęły się
pytania:
Długo
jeszcze?
Kiedy ten
autobus wreszcie przyjedzie?
Jedzie już nasz autobus?
Jedzie już nasz autobus?
Ooooo
autobus!!!! (ale to niestety nie był ten nasz)
Mamo, no
kiedy ten autobus przyjedzie?
Długo
jeszcze?
(i tak w
kółko przez 15 minut, bo wyszłyśmy z domu trochę wcześniej, na wypadek gdyby autobus jechał szybciej).
W końcu
przyjechał!!!!
NARESZCIE :)
Na miejscu odebrała nas moja mama, która pomogła nieść mi moją małą, aczkolwiek ciężką torbę.
Na miejscu odebrała nas moja mama, która pomogła nieść mi moją małą, aczkolwiek ciężką torbę.
Poszłyśmy
do domu zostawić bagaż i oczywiście przez dalszą część dnia korzystałyśmy z
uroków pięknej, słonecznej pogody.
Spacerowałyśmy
chwilę po mieście, a później udałyśmy się na plac zabaw, na którym dziewczynki
szalały prawie do upadłego.
Do domu
wróciłyśmy dopiero jak zrobiło się chłodno.
Dziewczyny
zdołały tylko zjeść kolację i padły ze zmęczenia.
1 MAJ
Pogoda od
rana nas rozpieszczała. Było słonecznie i przyjemnie.
Po
śniadaniu udałyśmy się do kościoła, po Mszy szybki obiad i wypad na miasto.
Szłyśmy
powoli, oglądając wystawy i podziwiając miasto. Dziewczyny korzystały ze
wszystkich napotkanych „bujanych urządzeń” na pieniądze typu koń czy
helikopter.
Nie mogło
zabraknąć też lodów, które później niestety odchorowałyśmy L
Wracałyśmy
do domy szybko gonione przez nadciągające granatowe, ciężkie chmury.
Deszcz
dopadł nas pod samym blokiem i okazał się być tym prawdziwym majowym deszczem,
który szybko przechodzi i po którym na niebo wraca słonko.
Zmęczone gonitwą, usadowiłyśmy się wygodnie na kanapie i postanowiłyśmy już nie ruszać
się z domu.
Spędziłyśmy
trochę czasu na grach i zabawach z dziećmi.
Wieczór
przyszedł szybko i równie szybko zmorzył nas sen.
2 MAJ
Niestety
mój dzień nie zaczął się dobrze i to nie za sprawą pochmurnego nieba i
przelotnych opadów deszczu.
Obudził
mnie ból gardła.
Mimo tego
udało mi się jakoś uśmierzyć ból, pozbierać się i wybrać z dziewczynkami do sali zabaw,
gdzie mogły się wyszaleć i wybawić.
Ja
natomiast miałam chwilę czasu żeby posiedzieć z mamą, napić się spokojnie
ciepłej (dla odmiany) kawy, zjeść ciasteczko i poplotkować.
W planie
był jeszcze spacer po mieście i powolny powrót do domu, niestety pogoda
pokrzyżowała nam plany.
Burza sprawiła,
że zamiast spokojnego spaceru była szybka jazda taksówką i powrót do domu.
Dziewczynki
były zmęczone, ale wybawione i szczęśliwe.
3 MAJ
Ostatni
dzień naszego majowego weekendu również był słoneczny i dla odmiany spokojny.
Po
kościele znalazłam czas na zabawę z dziewczynkami, obiad i chwilę na placu
zabaw.
Później
droga na dworzec i powrót do domu, który niespodziewanie przerodził się w
wycieczkę krajoznawczą, bo z powodu wypadku musieliśmy jechać objazdem.
Na koniec
trzeba było tylko dotaszczyć ta moją małą, ciężką torbę z powrotem do domu i
rozpakować.
Fajnie było.
Odpoczęłam
sobie totalnie.
Nic mnie
nie obchodziło przez te dni.
Pełen
spokój i luz.
Bez
pośpiechu i wiecznej gonitwy.
Szkoda tylko, że ten weekend trwał tak krótko.
Muszę
przyznać, że na całe szczęście prognoza pogody, którą widziałam przed wyjazdem
nie sprawdziła się i mimo przelotnych burz i opadów jakie występowały przez ten
cały majowy weekend to naprawdę było przyjemnie, słonecznie i ciepło.
Nie
mogłam chyba wymarzyć sobie lepszej pogody!
![]() |
| http://kobietamag.pl/na-wakacje-bez-stresu-czyli-co-spakowac-walizki/ |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz