niedziela, 8 maja 2016

O MAJÓWCE

29 KWIECIEŃ

Postanowiłam!!!!
Nie będę przez długi weekend siedzieć w domu czekając, aż ktoś mnie odwiedzi (albo i nie).
Zabieram dzieciaki, pakuje tylko najpotrzebniejsze rzeczy i jadę do mamy na dłuuuugi weekend!!!

Ale jak tu spakować 3 osoby do jednej torby na 4 dni?
Ja rozumiem walizkę taką, jak na wakacje, ale do torby o wymiarach 50/30/30!!!????

Trzeba koniecznie zrobić listę tylko niezbędnych rzeczy, które mam zabrać, żeby niczego nie zapomnieć.

Ok.
Lista jest.
Można zacząć się pakować.
Na początek trzeba obejrzeć pogodę, żeby wiedzieć, w co mniej więcej ubrać siebie i dzieci.
Pogoda zapowiada się mało optymistycznie :(
Ciuchy przyszykowane (muszę jeszcze nadmienić, że moje szykowanie ciuchów nie polega tylko na wyciągnięciu z szafy kilku rzeczy i spakowaniu ich. Wszystko musi do siebie pasować. Jeśli przygotowuję ciuchy dla siebie muszę je wcześniej przymierzyć, zobaczyć przed lustrem jak w tym wyglądam i jak się czuję. Jeśli szykuje dla dziewczynek to rozkładam na podłodze i patrzę czy wszystko ze sobą współgra kolorystycznie. Wiem, wiem, jestem NIENORMALNA, ale tak już mam).
Rozpoczęłam pakowanie i doszłam do wniosku, że jeśli uda mi się spakować wszystko, co mam na liście to będzie jakiś cud, i że może mi nie odpadnie ręka zanim dotaszczę tą torbę na przystanek autobusowy, a później do mamy.
Na dziś tyle pakowania.
Reszta jutro.

30 KWIECIEŃ

Pakowania ciąg dalszy.
Poprzedniego dnia ułożyłam w torbie ciuchy dla siebie i dla dziewczynek oraz rajstopy i bieliznę dla nas (dla najmłodszej kilka par rajstop i majteczek więcej, na wypadek mokrej niespodzianki).
Tego dnia dołożyłam jeszcze piżamki dla dzieci,
3 szczoteczki do zębów i pastę dla dziewczynek,
krem dla nich i dwa moje (na dzień i na noc), 
gumki i spinki do włosów,
niezawodny dezodorant,
ulubioną perfumę dla siebie i oczywiście dla dziewczynek z Myszką Minie,
prostownicę,
kosmetyki do makijażu,
butelka na mleko, 
dwa smoczki (na wypadek zaginięcia jednego z nich),
dwa płaszcze przeciwdeszczowe, folia na wózek (zapasowy wózek na szczęście mam u mamy!), składaną parasolkę,
artykuły higieniczne (bo zbliżają się TE dni), 
ładowarka,
no i oczywiście kilka podstawowych leków, które zawsze zabieram ze sobą na wyjazdy (syropy, które piją codziennie plus przeciwbólowe, przeciwzapalne w razie rozpoczynania się infekcji, coś na gardło, NO- SPA dla mnie).
Ufff
Torba ledwo się zamknęła. Jest ciężka jak cholera!!! (zabrakło w niej tylko miejsca na pampersy, więc będzie trzeba je zakupić na miejscu). 

W takich chwilach bardzo żałuję, że nie jeżdżę autem!!!!
Wściekła jestem na siebie, bo samochód stoi pod blokiem, a ja się ciągnę z dziećmi i ciężką torbą na przystanek.
I tu pozostawiam miejsce na wszelkiego rodzaju bluzgi i epitety, które rzucam (w myślach) w kierunku mojej osoby: 
%$#*%$#%&^*&%#$

Na wyjazd zabrałam też podręczną torebkę, do której spakowałam jeszcze woreczki na wymioty w razie W.
Przed samym wyjściem dorzuciłam: coś do picia na drogę dla dzieci, a także chusteczki nawilżane, higieniczne, pomadkę, telefon i portfel.
Ubrałam dziewczynki, później siebie i wyszłam z domu (a tak właściwie to z bloku).
Gdy przeszłam kilka kroków doszłam do wniosku, że chyba za grubo się ubrałam, bo jak na złość w mój czarny płaszcz zaczęło nieznośnie świecić słońce (no ale przecież nie będę się wracać do domu, aby się przebrać, bo potrwało by to kolejne 2 dni :P)
Ale nic.
Poszłyśmy twardo na przystanek.

Gdy już jakoś tam doczłapałyśmy, dziewczynki usadowiły się na ławeczce i zaczęły się pytania:
Długo jeszcze?
Kiedy ten autobus wreszcie przyjedzie?
Jedzie już nasz autobus?
Ooooo autobus!!!! (ale to niestety nie był ten nasz)
Mamo, no kiedy ten autobus przyjedzie?
Długo jeszcze?
(i tak w kółko przez 15 minut, bo wyszłyśmy z domu trochę wcześniej, na wypadek gdyby autobus jechał szybciej).

W końcu przyjechał!!!!
NARESZCIE :)

Na miejscu odebrała nas moja mama, która pomogła nieść mi moją małą, aczkolwiek ciężką torbę.

Poszłyśmy do domu zostawić bagaż i oczywiście przez dalszą część dnia korzystałyśmy z uroków pięknej, słonecznej pogody.
Spacerowałyśmy chwilę po mieście, a później udałyśmy się na plac zabaw, na którym dziewczynki szalały prawie do upadłego.

Do domu wróciłyśmy dopiero jak zrobiło się chłodno.

Dziewczyny zdołały tylko zjeść kolację i padły ze zmęczenia.

1 MAJ

Pogoda od rana nas rozpieszczała. Było słonecznie i przyjemnie. 
Po śniadaniu udałyśmy się do kościoła, po Mszy szybki obiad i wypad na miasto.
Szłyśmy powoli, oglądając wystawy i podziwiając miasto. Dziewczyny korzystały ze wszystkich napotkanych „bujanych urządzeń” na pieniądze typu koń czy helikopter.
Nie mogło zabraknąć też lodów, które później niestety odchorowałyśmy L

Wracałyśmy do domy szybko gonione przez nadciągające granatowe, ciężkie chmury.

Deszcz dopadł nas pod samym blokiem i okazał się być tym prawdziwym majowym deszczem, który szybko przechodzi i po którym na niebo wraca słonko.

Zmęczone gonitwą, usadowiłyśmy się wygodnie na kanapie i postanowiłyśmy już nie ruszać się z domu.
Spędziłyśmy trochę czasu na grach i zabawach z dziećmi.

Wieczór przyszedł szybko i równie szybko zmorzył nas sen.

2 MAJ

Niestety mój dzień nie zaczął się dobrze i to nie za sprawą pochmurnego nieba i przelotnych opadów deszczu.
Obudził mnie ból gardła.
Mimo tego udało mi się jakoś uśmierzyć ból, pozbierać się i wybrać z dziewczynkami do sali zabaw, gdzie mogły się wyszaleć i wybawić.
Ja natomiast miałam chwilę czasu żeby posiedzieć z mamą, napić się spokojnie ciepłej (dla odmiany) kawy, zjeść ciasteczko i poplotkować.
W planie był jeszcze spacer po mieście i powolny powrót do domu, niestety pogoda pokrzyżowała nam plany.
Burza sprawiła, że zamiast spokojnego spaceru była szybka jazda taksówką i powrót do domu.
Dziewczynki były zmęczone, ale wybawione i szczęśliwe.

3 MAJ

Ostatni dzień naszego majowego weekendu również był słoneczny i dla odmiany spokojny.
Po kościele znalazłam czas na zabawę z dziewczynkami, obiad i chwilę na placu zabaw.
Później droga na dworzec i powrót do domu, który niespodziewanie przerodził się w wycieczkę krajoznawczą, bo z powodu wypadku musieliśmy jechać objazdem.
Na koniec trzeba było tylko dotaszczyć ta moją małą, ciężką torbę z powrotem do domu i rozpakować.

Fajnie było.
Odpoczęłam sobie totalnie.
Nic mnie nie obchodziło przez te dni.
Pełen spokój i luz.
Bez pośpiechu i wiecznej gonitwy.
Szkoda tylko, że ten weekend trwał tak krótko.

Muszę przyznać, że na całe szczęście prognoza pogody, którą widziałam przed wyjazdem nie sprawdziła się i mimo przelotnych burz i opadów jakie występowały przez ten cały majowy weekend to naprawdę było przyjemnie, słonecznie i ciepło.
Nie mogłam chyba wymarzyć sobie lepszej pogody!
http://kobietamag.pl/na-wakacje-bez-stresu-czyli-co-spakowac-walizki/



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz