poniedziałek, 30 maja 2016

JA - POTENCJALNY DAWCA :)

Już od dawna nosiłam się z zamiarem dołączenia do bazy dawców komórek macierzystych.
Czytałam dużo na ten temat, żeby dowiedzieć się, na czym to wszystko polega.

Wiem, że istnieją dwie metody pobrania komórek macierzystych:
·                  pierwsza, stosowana w 80% przypadków, polega na pobraniu komórek z krwi obwodowej metodą zwaną aferezą. Zakładane są dojścia dożylne i krew przepływa z jednego ramienia poprzez separator komórek i wraca drugim dojściem dożylnym do organizmu.
·                  druga, polega na pobraniu szpiku z talerza kości biodrowej NIE Z RDZENIA KRĘGOWEGO!!!  Wymaga narkozy i kilkudniowego pobytu w szpitalu. W przypadku tej metody istnieje prawdopodobieństwo miejscowego bólu, podobnego do stłuczenia, który mija po kilku dniach.

Pomyślałam, że nie wymaga to ode mnie dużego wysiłku, a może uratować komuś życie.
Postanowiłam więc działać.
Weszłam na stronę dkms.pl, kliknęłam „zostań dawcą”.
Wypełniłam wszystko, co było opisane w 3 krokach i czekałam.
Było to we wrześniu 2015 roku.

(Kilka dni przede mną zarejestrował się mój szwagier z żoną, a parę dni po mnie, mój mąż).

Końcem października dostałam kopertę z formularzem do wypełnienia, pałeczkami do wymazu oraz instrukcją (jak wypełnić formularz i jak pobrać wymaz).
Po wykonaniu wszystkich procedur odesłałam kopertę i czekałam na kartę dawcy komórek macierzystych z numerem identyfikacyjnym dawcy.

Po kilku miesiącach przyszła wyczekiwana karta!!!!!

Teraz jestem gotowa, żeby w razie choroby mojego bliźniaka genetycznego pomóc mu w potrzebie i być może uratować mu życie. Oczywiście, życzę mu dużo zdrowia i mam nadzieję, że nigdy nie będzie potrzebna mu moja pomoc, ale w razie czego może na mnie liczyć J

Warto!!!! Dla nas to tak niewiele, a dla kogoś to może znaczyć naprawdę DUŻO!!!


czwartek, 26 maja 2016

DZIĘKUJĘ BOGU

Rano za to:

  • że się obudziłam, 
  • że mogę kolejny dzień cieszyć się tym co mam,
  • że mogę spędzić czas z dziećmi, mężem, rodziną, przyjaciółmi. 


Wieczorem za to:

  • że mam zdrowe dzieci, które nie muszą spędzać dni czy miesięcy w szpitalach tylko cieszą się wspaniałym beztroskim dzieciństwem,
  • że my RODZICE jesteśmy zdrowi i ani ja, ani mój mąż nie musimy dzielić naszego czasu między normalnym życiem, a tym spędzonym na szpitalnych korytarzach,
  • że nikt z naszych bliskich nie choruje i nie musimy patrzeć na ich cierpienie,
  • że mam co jeść,
  • że mam dach nad głową, 
  • że mam cudowne dzieci, które często doprowadzają mnie do białej gorączki, dzięki którym z każdym dniem przybywa mi więcej siwych włosów ale kocham je najbardziej na świecie, 
  • że mam kochającego (chociaż z ciężkim charakterem) męża.
Każdego dnia dziękuję Bogu za wszystko co mam!!!

Dziękuję też Bogu za to, że codziennie przy mnie jest, że wysłuchuje moich modlitw, że opiekuje się mną i moją rodziną.
http://www.ewangelizatory.pl/873/boze,-dziekuje

wtorek, 24 maja 2016

JAK DR JEKYLL I MR HIGH

Moja młodsza córka ma dwa wcielenia.
Pierwsze, to grzeczna, uśmiechnięta, rozgadana, radosna dziewczynka.
Normalnie aniołek.
Drugie, to wrzeszcząca, płacząca, spazmująca, wręcz rzucająca się na glebę (niezależnie od tego w jakim miejscu i przy jakiej pogodzie to robi), podobna trochę do gremlina z filmu (tego, który już miał kontakt z wodą), niszcząca wszystko w zasięgu ręki i wzroku, bijąca wszystkich dookoła (a szczególnie swoją starszą siostrę) osóbka niczym nie przypominająca tej spokojnej dziewczynki.

Przemiana ta następuje zazwyczaj w chwili, gdy opóźnia się jej pora spania bądź, gdy nie wyśpi się odpowiednio długo lub odpowiednio dobrze.
Czasem przychodzi też zupełnie znienacka.

Młoda jest wtedy, jak tykająca bomba, która nie wiadomo kiedy wybuchnie.
A gdy wybuchnie, to nie wiem gdzie mam się schować.
Czy zostać i nie reagować, czy też złapać ją pod pachę i uciekać, z dala od ludzi i ich wzroku.

Często wybuchy zdarzają się w szkole, gdy idziemy odebrać starszą córkę.
Dwa razy w tygodniu kończy lekcje akurat po 12, więc drzemka młodej ma niewielką obsuwę.
Staram się wtedy, nie denerwować jej niczym, być miła, pozwalać otwierać drzwi, chodzić naokoło (mimo, że to dłuższa droga), pozwalać gonić gołębie, zbierać kamienie, chodzić po kałużach i pozwalać na wszelkie zachcianki (oczywiście w granicach rozsądku).
Gdy jednak mimo moich usilnych starań, coś pójdzie nie po myśli naszej małej diablicy to zaczyna się małe piekiełko.
Na początku jest płacz i wrzask taki, że nieraz aż w uszach piszczy.
Zdarza się też walenie głową (już coraz rzadziej, ale zdarza się), rzucanie na podłogę, chodnik, trawę, schody, beton, ulice itp w zależności od miejsca, w którym aktualnie następuje atak złości i buntu.
Zdarza się też bicie i rzucanie różnymi rzeczami, w zależności od sytuacji.
Nie pomoże wtedy głaskanie, uciszanie, zagadywanie, a już na pewno nie krzyk i złość.
Po takich wybuchach wstydzę się później pokazywać w miejscach publicznych!!!
No ale co mogę zrobić?
To pewnie taki okres.
Bunt dwulatka.
Gdzieś przeczytałam, że ten bunt zaczyna się w wieku 2 lat, a kończy w wieku 18.
:)
bubba.pl


środa, 18 maja 2016

EUFORIA POROZSTANIOWA

W sobotę wieczorem wrócił mój wyczekiwany mąż.
Stęskniony, wygłodzony, uśmiechnięty i miły.

Niedziela i poniedziałek minęły spokojnie, bez większych nerwów.
Cieszę się, że jest z powrotem z nami. We dwoje żyje się łatwiej i problemy wydają się jakieś mniejsze.



We wtorek, zdążyliśmy się pokłócić i to już przed południem.
Przypomniałam sobie jak dobrze było gdy go nie było.
Nikt mi się nie wpierdzielał w to, co robiłam, nie wydzielał pieniędzy i nie mówił co mam kupić,       a czego nie, nie krytykował sposobu wychowywania dzieci, nie miał pretensji do tego, że się nie wyspał na przestawionym w inne miejsce łóżko.

Wiem, że ciężko mi dogodzić.
Jak był na emigracji to chciałam żeby wrócił, a jak wrócił wolałabym, żeby go nie było.
Oczywiście żartuje, wiecie jak to jest. Jak człowiek zdenerwowany to plecie trzy po trzy.



Kolejny dzień przyniósł kolejna kłótnie (o 10 rano) i tym razem, o to że karmie dzieci na siłę, że pcham w nie jedzenie nawet jak nie chcą, że gdybym pojechała za granice, to bym zobaczyła, jak wygląda prawdziwe życie i takie tam za przeproszeniem pierdolenie o Szopenie.
Po czym trzasnął  drzwiami i wyszedł wyrzucić śmieci i zaprowadzić pierworodną do szkoły.

Wkur..łam się tak, że od razu odechciało mi się robić w domu cokolwiek.
Zostawiłam wiec stert brudnych naczyń w zlewie, brudną łazienkę którą miałam sprzatac i ciuchy, które właśnie skończyły się prać i postanowiłam za świeża napisać coś tu, korzystając z okazji, że po tej kłótni mąż szybko nie wróci.


Wspominam chwile, kiedy byłam sama z dziećmi i wzdycham na myśl, o spokoju jaki panował w domu.
Moje plany naprawy małżeństwa były wtedy takie proste, piękne i wydawało mi się, że jak mąż wróci, to razem coś zmienimy.
Wszystko to prysło, jak banka mydlana i wydaje mi się, że z naszego małżeństwa nie uda mi się zrobić czegoś idealnego.

Podczas kolejnych kłótni padają coraz to gorsze słowa, zdania, przekleństwa, które kiedy nie przeszły by mi nawet przez gardło.

Wiem, że obiecałam sobie, zmienić się, zmienić nasz związek, ale zaczynam wątpić w powodzenie tej misji, zaczynam wątpić w siebie i w nas.

Na chwile obecną jestem zrezygnowana, zdołowana, mam ochotę wyjść z domu, jeb.ąć drzwiami i wrócić wieczorem albo i nie....

Może nie będę więcej pisać, bo zaraz wyjdzie, że mam myśli samobójcze hehe
Dla uspokojenia dodam, że nie mam.
No to kończę , bo wrócił mąż....
https://wytwornianadrukow.pl/mala-mi/51-kubek-z-nadrukiem-mala-mi-v11.html

wtorek, 17 maja 2016

KU PRZESTRODZE!!!

Czyli o tym jak zostałam oszukana przez firmę T2C INTERNATIONAL LLC.

Podzielę się z Wami swoją historią.
Mój koszmar zaczął się końcem roku 2014 lub wczesną wiosna 2015 roku.
Zadzwoniła do mnie miła pani (której ciężko wejść w słowo).
Mówiła, że po porodzie w szpitalu wypełniałam ankietę (faktycznie, coś tam w szpitalu wypełniałam, ale co, tego nie pamiętałam) i że wygrałam ekskluzywną bieliznę z USA, za którą zapłacę tylko 19.99 zł (koszt pakowania i przesyłki).
Coś mnie zamroczyło i zgodziłam się (akurat byłam na etapie kupowania bielizny, tylko niemowlęciem ciężko było wybrać się na zakupy). Nie zapytałam nawet co to za bielizna.
Pierwszy raz w życiu dałam się namówić na coś przez telefon, a tym samym tak oszukać.
Pani wspomniała coś o abonamencie i zapewniała mnie, że można do nich zadzwonić albo wejść na stronę i zrezygnować z niego w każdej chwili!!!! Co się później okazało to było KŁAMSTWO!!!!!!!!!!!!!
Strona nie istnieje, a dodzwonić się nie można, bo próbowałam niezliczoną ilość razy!!!!
Ale do rzeczy...

Czekałam na przesyłkę długo.
Chyba kilka miesięcy.
Niestety nie doczekałam się.
Dostałam natomiast list, a w nim upomnienie.
Dziwne.
Każą mi zapłacić za coś, czego nie dostałam i to 36.90 zł (19.90 zł za przesyłkę, która do mnie nie dotarła do dziś i 17.00 zł upomnienie).
Zbagatelizowałam całą sprawę i nie zapłaciłam.
Oczywiście dzwoniłam pod numer infolinii, ale nikt się nie zgłaszał.
Szukałam też firmy w necie, ale nie mają żadnej strony internetowej. Znalazłam natomiast informacje o tym, że to oszuści i żeby im nic nie płacić.

Po jakimś czasie otrzymałam kolejne upomnienie na kwotę 53.90 zł (powiększone już o kolejne 17.00 zł). W skrzynce była też koperta, która zawierała 3 szt. bielizny i rachunek na kwotę 113.70 zł. Tego już było dla mnie za dużo.
Poszłam do adwokata, który pomógł mi wystosować pismo i wysłałam je, wraz z załączoną bielizną.
Końcem czerwca pismo zostało odebrane i podpisane przez pracownika punktu odbioru korespondencji w Kielcach.

Naiwnie myślałam, że dadzą mi spokój, po czym pod koniec września otrzymałam list.
Tym razem od firmy Ceron Worldwide Inkasso Ltd z siedzibą w Radomiu.
Było to powiadomienie dłużnika o przelewie wierzytelności, wezwanie do zapłaty kwoty 180.70 zł i propozycja, że jeśli zapłacę 138.70 zł resztę długu mi umorzą (ta!!!! Że niby taki prezent mi zrobią!!! Jasne!!!!) Było tam również oświadczenie, że jeśli nie jestem w stanie spłacić zadłużenia w całości, mogą mi zaproponować rozłożenie go na raty lub przedłużenie terminu płatności.

Byłam z tymi wszystkimi dokumentami u rzecznika praw konsumenta, który uspokoił mnie trochę i powiedział, żebym niczego im nie płaciła.
Może się tak zdarzyć, że dostanę pismo z e-sądu o polecenie zapłaty. Wtedy muszę jak najszybciej udać się do prawnika, który wystosuje do sądu odpowiednie pismo w celu odwołania się od zapłaty.


Pod koniec października dostałam kolejny list od tej firmy, a właściwie to już nie wiem od kogo, bo na kopercie jest inny adres, niż na poprzednich korespondencjach.
To kolejne wezwanie do zapłaty. Tym razem 197,70 zł.
To wszystko było jakieś chore!!!!

Ok. Zgodziłam się przez telefon na bieliznę, za która miałam zapłacić 19,90 zł, ale takiej przesyłki w ogóle nie otrzymałam!!!!!
A ta którą mi wysłali, to im odesłałam z pismem od adwokata.
Wiec za co mam płacić????

Później zaczęli wydzwaniać do mnie, z różnych numerów o różnych porach dnia!!!!
Nękali!!!
Przypominali o uregulowaniu zadłużenia, ale nie osobiście tylko przez automatyczną sekretarkę!!!!!

8 listopada złożyłam zawiadomienie w tej sprawie na policji.
Pan funkcjonariusz pytał dlaczego tak późno się zgłaszam. Mówił też, że jestem jedyną osobą, która zgłosiła im próbę wyłudzenia pieniędzy i dał mi do zrozumienia, że nikłe są szanse złapanie tego, kto jest za to odpowiedzialny.

Następnego dnia wysłałam zawiadomienie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów do Warszawy, ale niczego to nie zmieniło w mojej sprawie .

15 listopada po godzinie 22, dzwonił do mnie ktoś z numeru prywatnego, ale rozłączył się gdy odebrałam (to chyba próba zastraszenia była!!!????).
Dowodów na to, że to oni niestety nie posiadam.
Mam nagranie, ale po pierwsze jest to numer zastrzeżony, a po drugie słychać tylko mój głos.

16 listopada minął ostateczny termin zapłaty mojego "długu", o czym poinformowała mnie przez telefon (oczywiście z numeru prywatnego) pani z Worldwide Inkasso. Prosiła o uregulowanie należności. Odmówiłam płacenia jakichkolwiek pieniędzy i oznajmiłam, że zgłosiłam sprawę na policję i do UOKiK. Cala rozmowa została przeze mnie nagrana, o czym dzwoniąca do mnie pani została poinformowana.
Od tamtego czasu nikt od nich się ze mną nie kontaktował ani listownie ani telefonicznie.


W połowie stycznia tego roku dostałam pismo z prokuratury, że moje dokumenty zostały przekazane do Prokuratury Okręgowej w Katowicach celem połączenia ze śledztwem w sprawie dopuszczenia się oszustw przez firmę T2C International LLC na szkodę wielu osób. Takich zgłoszeń jak moje było bardzo dużo w całej Polsce.

Na szczęście dali mi spokój (przynajmniej na razie), ale nie wiadomo jak to się jeszcze zakończy.



Napisałam to dla Was ku przestrodze!!!! :)


PS. Po ok. 3 miesiącach znowu zaczęli do mnie dzwonić. Na szczęście połączenia z ich wielu numerów mam automatycznie odrzucane.
Ciekawe czy dostanę kolejne pismo z kolejnym ostatecznym terminem i horrendalną sumą do zapłaty.

Czekam na rozwój wydarzeń…
http://fajslawice24.pl/?p=19380

sobota, 14 maja 2016

O TWORZENIU

Nie myślcie sobie, że pisanie nowych wypocin przebiega u mnie szybko i lekko.
Cały proces trwa od kilku godzin, nawet do kilku dni.
Zależy to oczywiście od weny, pomysłu na wpis, a także od czasu spędzonego bez dzieci, w ciszy, sam na sam z własnymi myślami (a jak wiadomo z dziećmi przebywam cala dobę, więc i tak sukcesem jest, że w ogóle znajduję czas na pisanie).

A wygląda to mniej więcej tak:

Na początku oczywiście jest pomysł.

Nie zawsze mam czas, żeby spisać swoje myśli na bloggerze.
Biorę wtedy telefon i w notatkach dziergam najważniejsze zdania lub słowa, które pomogą mi (kiedy będę miała już więcej czasu) przypomnieć sobie, to co przyniosła mi wena.

Gdy już znajdę chwilę na to by wejść na bloggera (najczęściej na telefonie) spisuje słowa lub zdania zapisane w notatkach, a także to, co akurat rodzi mi się w głowie.
Nie zwracam wtedy uwagi na ortografie, przecinki ani przekręcone czy źle napisane wyrazy.

Gdy przeleję całe swoje myśli na papier i wpis uważam za wstępnie zakończony, czytam wszystko od samego początku.
Nie może to być bezgłośne czytanie, tylko takie lekko słyszalne, żebym poczuła się, jakbym to komuś opowiadała.
Inaczej nie mogę się skupić na całości wpisu, tylko na danym zdaniu.
Jeszcze się nie zdarzyło żebym czytała wpis i czegoś nie poprawiła, nie zmieniła, nie usunęła albo nie dodała i nie chodzi mi tu o interpunkcje, brakujące litery czy błędy ortograficzne.
Nie, nie! To jeszcze nie ten moment. Ale na wszystko przyjdzie odpowiedni czas.

Czytam wiec kolejny raz.

Gdy dochodzę do wniosku, że już niczego nie chce zmieniać, czytam po raz kolejny (to już chyba 3).

Po raz czwarty czytam poprawiając błędy i znaki interpunkcyjne oraz sprawdzam czy całość jest w miarę stylistycznie i zrozumiale napisana.
Czasami muszę przestudiować wpis jeszcze kilkakrotnie, żeby się upewnić, czy na pewno wszystko jest tak, jak chciałam.

Później googluję w poszukiwaniu odpowiedniego obrazka, fotografii, a czasami tekstu, który najbardziej pasuje do danego tematu, bądź wpisu.
Zdarza się, że znajduję od razu to, czego szukałam, jakbym już w głowie miała wirtualny obraz, tylko potrzebuje odnaleźć go w rzeczywistości.


Jak już widzicie, to nie jest tak hop-siup i już.
A jakby tego było mało to podczas pisania mam co jakiś czas przerwy np. na zrobienie bądź podgrzanie obiadu, posadzenie malej na ubikację, jedzenie, mycie naczyń, pomaganie w odrabianiu lekcji starszej córce, kąpiel dzieci i swoją, kolację, rytuał przed spaniem itp.
Nawet wieczorami, gdy dzieci już śpią, nie zawsze potrafię tak od reki wszystko ubrać w odpowiednie słowa, poprawić i wrzucić.
Nieraz po prostu brak mi weny, chęci, pomysłu, a niekiedy dzieci jak na złość spać nie mogą bądź przebudzają się kilkakrotnie zanim zasną twardszym snem, więc zanim skupię się na czytaniu to znowu muszę do nich iść.

Obawiam się też, że gdy wróci mój mąż, nie będę mogła pisać tak często, jak teraz.
Głównie chodzi o to, że całego bloga prowadzę w tajemnicy przed nim.
Potajemnie więc będę musiała robić wszystko to, co ostatni dzień robię jawnie.
Może kogoś to dziwi.
Nie obchodzi mnie to.
Piszę bloga dla siebie.
Po to, by wyrzucić złe emocje, wyżalić się, ponarzekać, przemyśleć coś i nie chce się zastanawiać, czy to męża nie obraziło, nie uraziło albo nie wkurzyło. Nie chcę mu się też tłumaczyć ze swoich wpisów, a wiem, że niektóre by mu się nie spodobały.
http://www.spidersweb.pl/2013/11/internet-slowa-czyli-smierc-ironii.html

piątek, 13 maja 2016

IDEALNIE NIEIDEALNA

Nie jestem idealną matką.
Czasami zastanawiam się nad tym, czy moje dzieci są szczęśliwe? Ciągle tylko krzyczę, wrzeszczę albo drę się na nie. W zasadzie to chyba nie potrafię już mówić normalnie.
Oczywiście po całym dniu mam żal do siebie, że jestem taka wybuchowa, ale nie robię tego specjalnie. To samo tak jakoś wychodzi.
Naprawdę się staram zmienić i obiecuje sobie każdego wieczoru, że od rana będę miła, spokojna i opanowana. Przyznam nawet, że czasem przez chwilę mi się to udaje. Później jednak zaczynam się złościć i  irytować. Najczęściej wkurza mnie dogadywanie i pyskówki starszej córki, jej banalne pytania albo stwierdzenie, że nie chce jej się np:
jeść,
myć,
odrabiać lekcji,
czytać,
pisać,
myśleć,
sprzątać.
Mogłabym tak w nieskończoność wymieniać czynności, na które nie ma ochoty moja pierworodna.

Czasami mam dni, że jestem opanowana i gdy któraś z dziewczynek zaczyna swoje marudzenie to zaciskam zęby albo też wycedzę coś tylko do siebie pod nosem, ale to zdarza się niezmiernie rzadko.
Najczęściej jednak eksploduje z siłą bomby atomowej (można to poznać po odgłosach odchodzących z naszego mieszkania) i mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia.


Zastanawiam się też, czy nie wymagam zbyt wiele od swoich dzieci?
Chcę by wiedziały jak mają się zachowywać.
Chcę by dobrze się uczyły.
Chcę by były kulturalne.
Chcę by sprzątały po sobie.
Chcę by pomagały sobie nawzajem.
Chcę by kochały i szanowały siebie i nas.
Czy to za wiele?

Mam pewne zasady i staram się je konsekwentnie egzekwować (z różnym skutkiem zwłaszcza od młodszej córki). Wliczam tu:
ścieranie kurzy w ich pokoju,
ścielenie łóżka,
jedzenie słodyczy dopiero po obiedzie,
czas na zabawę tylko i wyłącznie po odrobieniu lekcji (to dotyczy tylko naszej uczennicy),
sprzątanie po sobie zabawek, rozlanego picia, porozrzucanego jedzenia, resztek zużytej gumki (do mazania!!!!), zrobionego bałaganu
oraz przepraszanie za złe zachowanie, bicie, nieodpowiednie słowa, pierdzenie, bekanie itp.

Mamy też pewne rytuały jak np. ten przed snem.
Zaczyna się on ok 17-18 kąpielą, szybkim prysznicem, bądź (w co drugi dzień) przebraniem się w piżamkę bez mycia (wyłączając lato). Następnie jest kolacja, mycie ząbków, siusiu, paciorek, buziaczki i czytanie przed snem (nie zawsze 30 minut). Gdy skończę czytać włączam im kołysanki na płycie (codziennie te same) i dwie mrugające kolorowe lampki (nie dają one światła, tylko mrugają sobie i pomagają dziewczynkom zasnąć). Ja siadam na małym fotelu obok ich łóżka i czekam, aż zasną. Gdy to nastąpi czyli po ok 30 minutach (starsza córka zasypia szybko, czasami już śpi zanim jeszcze skończę czytać), wyłączam muzykę, gaszę lampki i wychodzę.

Jakoś tak samo wychodzi w ciągu dnia, że więcej czasu i uwagi poświęcam młodszej córce, co nie pasuje tej starszej. Wiem, że to stąd głównie biorą się jej humory i złe zachowanie.

Pracuje nad tym by przytulać i całować obie dziewczynki, a nie tylko młoda.
Czasami bywa to trudne, bo po kłótni i krzyku ciężko jest iść przytulić się, czy przeprosić.

Codziennie spędzam też czas tylko z pierworodna (niestety głównie na nauce), gdy młoda śpi.

Chciałabym sprawić żeby doba miała więcej niż 24 h, ale niestety mimo usilnych starań jeszcze mi się nie udało tego dokonać :)


Idealną żoną też nie jestem.
W zasadzie, to nie wiem, co jest we mnie lub ze mną nie tak albo co robię źle bądź czego nie robię, ale wiem, że mój mąż tak uważa.
Może to za sprawą oschłego i chłodnego podejścia do współżycia (czyli im rzadziej tym lepiej).
Nie żebym nie lubiła seksu (nie myślcie sobie). Czasami najzwyczajniej w świecie nie mam weny i ochoty. Zdarza się też tak, że po prostu chęć i potrzeba snu jest dla mnie ważniejsza, a czasami silniejsza ode mnie.
Bywa, że leżę w łóżku w oczekiwaniu na to, by mój mąż wziął się do roboty, aż tu nagle moje powieki robią się ciężkie, baaardzo ciężkie. Obracam się, drapie, przecieram oczy żeby odgonić sen. Udaje mi się to na krótką chwilę po czym dosłownie na sekundę przymykam oczy i co się okazuje?
Okazuje się, że zasnęłam!!! Kolejny raz w tygodniu!!! A mąż chodzi nadąsany.
Ale co ja poradzę, że jestem po całym dniu tak zmęczona, że gdy tylko przykładami głowę do poduszki, moje powieki odmawiają mi posłuszeństwa i nawet kiedy na siłę staram się trzymać je otwarte one wciąż się zamykają.

Zdarzyło mi się też tak ostatnio, gdy pierworodna gorączkowała. W planie miałam wstawać do niej w nocy, żeby sprawdzać czy ma temperaturę (jak to zwykle przy chorobie robię). Przebudziłam się w nocy i już miałam wstać, by iść do drugiego pokoju gdy nagle......
Zasnęłam i obudziłam się rano.

Teraz w środku nocy z łóżka może mnie wydrzeć tylko płacz lub wołanie dziecka bądź ściskająca pęcherz potrzeba fizjologiczna.
http://www.matka-nie-idealna.pl/matka-nieidealna-2/



wtorek, 10 maja 2016

PRZEMYŚLENIA

Moje samotne dni dobiegają końca.
Pod koniec tygodnia wraca mój mąż.

Czy jestem zadowolona?
Z jednej strony TAK!
Dlaczego?
Bo dość mam bycia samotną matką, kiedy jestem mężatką.
Bo dość mam samotnych nocy, kiedy powinnam spędzać je z mężem.
Bo dość mam pustego, zimnego łóżka, samotnych dni, codziennego chodzenia na zakupy, uśmiechania się do ludzi, którym tłumaczę, że świetnie sobie radzę sama (bo radzę sobie, ale to strasznie męczące).
Bo dość mam tego, że wszystko muszę sama robić i że wszystko jest na mojej głowie.

Z drugiej strony NIE!
Dlaczego?
Bo nie byłam zadowolona z naszego wspólnego, dotychczasowego życia.
Bo coraz więcej się kłóciliśmy.
Bo boję się, że po jego powrocie wszystko będzie po staremu.
Bo zanim mąż wyjechał zbyt często myślałam o rozwodzie, ale bałam się, że sobie nie poradzę sama.
Bo boję się, że dalej będą między nami zgrzyty i że ponownie zacznę myśleć o rozstaniu, z tą różnicą, że teraz już wiem, iż dałabym sobie radę sama.
Bo boję się, że będę chciała odejść i zacząć żyć po swojemu.

A nie chce tego!!!

Bo chce dać naszym dzieciom pełną, szczęśliwą rodzinę, której ja nie miałam i której zawsze zazdrościłam swoim koleżankom.
Bo chce być z moim mężem na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, póki śmierć nas nie rozłączy. Tak jak przyrzekałam w dniu ślubu.
Bo chce być szczęśliwa z własnym mężem. Nie sama ani nie z kimś innym.
Tylko z tym, w którym zakochałam się do szaleństwa 10 lat temu,
który jest moim ideałem chociaż idealny nie jest,
który rozśmiesza mnie zawsze, nawet gdy chciałabym być poważna,
którego kocham mimo, że czasami go nienawidzę i mam go dość,
z którym spędziłam wiele cudownych chwil ale zdarzały się też te gorsze dni,
z którym mam dwie cudowne córeczki, które kocham nad życie.


I wiecie co jeszcze Wam powiem (tzn napiszę)?
Potrzebowałam tego prosta, tych przemyśleń, żeby zrozumieć, co tak naprawdę czuje i czego chce.
Miałam mieszane uczucia co do powrotu mojego męża, ale teraz gdy kończę pisać już wiem, że cieszę się z tego, że wreszcie do nas wraca.
Chce na nowo rozpocząć nasze wspólne życie.
Chce by wyglądało ono inaczej, nie tak jak kiedyś.
Ale czy uda mi się cokolwiek zmienić?
Wierzę w to i będę o nas walczyć!




Po tym miesiącu spędzonym beż męża, zdana tylko na siebie, muszę jeszcze dodać, że szczerze podziwiam samotne matki.
Szczególnie te, które oprócz pracy zawodowej zajmują się też domem po godzinach (a często po nocach), które są zawsze uśmiechnie i zadowolone, które nie skarżą się, że im ciężko czy źle.
A jeszcze bardziej podziwiam te, które wychowują więcej niż jedno dziecko.
Naprawdę kobiety CHAPEAU BAS (czyli po naszemu SZAPO BA)!!!!!!!!

http://zszywka.pl/p/mala-mi-11397028.html



poniedziałek, 9 maja 2016

CHOROBOWO

Nie wiem, czy to przez lody zjedzone w majowy weekend, przez ta dziwną pogodę czy przez zarazki i choroby roznoszone przez dzieci w szkole albo ludzi na ulicy, ale wstrętne drobnoustroje dopadły i nas.

Zaczęło się w sumie ode mnie, 2 maja bólem gardła, ale jakoś udało się to zaleczyć. Jak się jednak okazało, tylko na chwilę.
W czwartek starsza córka przyszła ze szkoły i narzekała na ból gardła.
Wieczorem trzęsła się jak galareta przy kolacji (co strasznie mnie denerwowało bo myślałam, że udaje). Okazało się, że ma temperaturę 38,4. Dostała lek obniżający gorączkę, ale nadal źle się czuła.
Noc była lekko nieprzespana, gdyż co chwilę musiałam do niej wstawać. Narzekała, na bolące gardło, później brzuszek, a nad ranem wymiotowała.
Rano też nie było lepiej, bo temperatura znowu dała się we znaki. Śniadanie jej nie wchodziło, a na koniec i tak wylądowało w sedesie.
Długo się nie zastanawiając ubrałam dzieci i pomaszerowałam do lekarza, gdzie oczywiście trzeba było swoje odsiedzieć.
Zabrałam też młodszą córkę, bo również od czasu do czasu przebąkiwała, że boli ją gardełko, ale myślałam że mówi tak, bo chciała wyżebrać ode mnie lek na gardło. Uwielbia go i wszelkiego rodzaju syropy!!! Ogólnie dzieci pod tym względem mi się bardzo udały, bo nie mam problemu z podawaniem im lekarstw (poza tabletkami). Nazywam je swoimi małymi lekomankami.

Okazało się, że starsza córka ma anginę i ponieważ gorączkuje dostała antybiotyk.
Młodsza tylko syropki i leki przeciwbólowe, ale w razie pojawienia się temperatury mam włączyć antybiotyk.
Ja przy okazji też się przebadałam i tak jak młodsza córka mam tylko rozpoczynającą się infekcję, więc dostałam leki przeciwbólowe, coś na gardło i do płukania migdałków.
Jakby tego było mało, to przypałętało mi się jakieś uczulenie podejrzewam, że po nowej odżywce do rzęs. Mam suche, swędzące i zaczerwienione powieki górne i powoli zaczyna przenosić się na dolne i na resztę twarzy. Dostałam więc maść na powiek (po której użyciu nie mogę wychodzić na słońce!!!!) i leki przeciwuczuleniowe.
Szczęście w nieszczęściu jest takie, że nawet jest mi na rękę to, że córka bierze antybiotyk, bo ja też przez kilka dni nie mogę z domu wychodzić (gdyż ostatnio jest pogodnie i słonecznie). Nie wolno mi też malować się (O ZGROZO!!!!), a nadmieniałam już kiedyś w jakimś poście, że wyjście z domu bez makijażu jeszcze mi się nie zdarzyło:)
Mam więc swój pierwszy raz (wyjście z domu bez tapety) za sobą. Musiałam iść wyrzucić śmieci. Na szczęście mam blisko i nikogo znajomego nie spotkałam :)

Po kilku dawkach antybiotyku starsza córka czuje się już lepiej. Nie narzeka na ból gardła, temperatura minęła, a wymioty też już jej nie męczą.
Młodsza też już nie prosi o popsikanie do gardełka, więc wnioskuję, że bół już jej nie doskwiera.
Jeśli chodzi o mnie to uczulenie powoli ustępuje, a ból gardła już nie daje się we znaki.

Mimo pięknej, słonecznej pogody musimy najbliższy i zarazem ostatni tydzień bez naszego tatuśka spędzić w domu. A jeżeli komuś przyszło do głowy, że wreszcie będę mogła sobie dłużej poleżeć w łóżku, tudzież pospać (dzięki temu, że nie trzeba córki do szkoły zaprowadzać) to od razu uprzedzam, że nie ma nawet takiej opcji.
Jak wiadomo antybiotyk należy podawać 2 razy dziennie, o stałych porach (a wieczorem mogę go podać najpóźniej o 20, bo potem moje dzieci już śpią), wiec nadal trzeba rano wstać, żeby zrobić śniadanie, które córka musi zdążyć zjeść w miarę szybko (co przy większości posiłków, a szczególnie przy śniadaniu jest rzeczą wręcz niemożliwą). Zdarza nam się, że podawanie leku trochę przeciągnie się w czasie, ale najważniejsze, że pierworodna wraca powoli do zdrowia!!!
http://www.ewa-stensrod.no/uslugi/zasilek-chorobowy.html

niedziela, 8 maja 2016

O MAJÓWCE

29 KWIECIEŃ

Postanowiłam!!!!
Nie będę przez długi weekend siedzieć w domu czekając, aż ktoś mnie odwiedzi (albo i nie).
Zabieram dzieciaki, pakuje tylko najpotrzebniejsze rzeczy i jadę do mamy na dłuuuugi weekend!!!

Ale jak tu spakować 3 osoby do jednej torby na 4 dni?
Ja rozumiem walizkę taką, jak na wakacje, ale do torby o wymiarach 50/30/30!!!????

Trzeba koniecznie zrobić listę tylko niezbędnych rzeczy, które mam zabrać, żeby niczego nie zapomnieć.

Ok.
Lista jest.
Można zacząć się pakować.
Na początek trzeba obejrzeć pogodę, żeby wiedzieć, w co mniej więcej ubrać siebie i dzieci.
Pogoda zapowiada się mało optymistycznie :(
Ciuchy przyszykowane (muszę jeszcze nadmienić, że moje szykowanie ciuchów nie polega tylko na wyciągnięciu z szafy kilku rzeczy i spakowaniu ich. Wszystko musi do siebie pasować. Jeśli przygotowuję ciuchy dla siebie muszę je wcześniej przymierzyć, zobaczyć przed lustrem jak w tym wyglądam i jak się czuję. Jeśli szykuje dla dziewczynek to rozkładam na podłodze i patrzę czy wszystko ze sobą współgra kolorystycznie. Wiem, wiem, jestem NIENORMALNA, ale tak już mam).
Rozpoczęłam pakowanie i doszłam do wniosku, że jeśli uda mi się spakować wszystko, co mam na liście to będzie jakiś cud, i że może mi nie odpadnie ręka zanim dotaszczę tą torbę na przystanek autobusowy, a później do mamy.
Na dziś tyle pakowania.
Reszta jutro.

30 KWIECIEŃ

Pakowania ciąg dalszy.
Poprzedniego dnia ułożyłam w torbie ciuchy dla siebie i dla dziewczynek oraz rajstopy i bieliznę dla nas (dla najmłodszej kilka par rajstop i majteczek więcej, na wypadek mokrej niespodzianki).
Tego dnia dołożyłam jeszcze piżamki dla dzieci,
3 szczoteczki do zębów i pastę dla dziewczynek,
krem dla nich i dwa moje (na dzień i na noc), 
gumki i spinki do włosów,
niezawodny dezodorant,
ulubioną perfumę dla siebie i oczywiście dla dziewczynek z Myszką Minie,
prostownicę,
kosmetyki do makijażu,
butelka na mleko, 
dwa smoczki (na wypadek zaginięcia jednego z nich),
dwa płaszcze przeciwdeszczowe, folia na wózek (zapasowy wózek na szczęście mam u mamy!), składaną parasolkę,
artykuły higieniczne (bo zbliżają się TE dni), 
ładowarka,
no i oczywiście kilka podstawowych leków, które zawsze zabieram ze sobą na wyjazdy (syropy, które piją codziennie plus przeciwbólowe, przeciwzapalne w razie rozpoczynania się infekcji, coś na gardło, NO- SPA dla mnie).
Ufff
Torba ledwo się zamknęła. Jest ciężka jak cholera!!! (zabrakło w niej tylko miejsca na pampersy, więc będzie trzeba je zakupić na miejscu). 

W takich chwilach bardzo żałuję, że nie jeżdżę autem!!!!
Wściekła jestem na siebie, bo samochód stoi pod blokiem, a ja się ciągnę z dziećmi i ciężką torbą na przystanek.
I tu pozostawiam miejsce na wszelkiego rodzaju bluzgi i epitety, które rzucam (w myślach) w kierunku mojej osoby: 
%$#*%$#%&^*&%#$

Na wyjazd zabrałam też podręczną torebkę, do której spakowałam jeszcze woreczki na wymioty w razie W.
Przed samym wyjściem dorzuciłam: coś do picia na drogę dla dzieci, a także chusteczki nawilżane, higieniczne, pomadkę, telefon i portfel.
Ubrałam dziewczynki, później siebie i wyszłam z domu (a tak właściwie to z bloku).
Gdy przeszłam kilka kroków doszłam do wniosku, że chyba za grubo się ubrałam, bo jak na złość w mój czarny płaszcz zaczęło nieznośnie świecić słońce (no ale przecież nie będę się wracać do domu, aby się przebrać, bo potrwało by to kolejne 2 dni :P)
Ale nic.
Poszłyśmy twardo na przystanek.

Gdy już jakoś tam doczłapałyśmy, dziewczynki usadowiły się na ławeczce i zaczęły się pytania:
Długo jeszcze?
Kiedy ten autobus wreszcie przyjedzie?
Jedzie już nasz autobus?
Ooooo autobus!!!! (ale to niestety nie był ten nasz)
Mamo, no kiedy ten autobus przyjedzie?
Długo jeszcze?
(i tak w kółko przez 15 minut, bo wyszłyśmy z domu trochę wcześniej, na wypadek gdyby autobus jechał szybciej).

W końcu przyjechał!!!!
NARESZCIE :)

Na miejscu odebrała nas moja mama, która pomogła nieść mi moją małą, aczkolwiek ciężką torbę.

Poszłyśmy do domu zostawić bagaż i oczywiście przez dalszą część dnia korzystałyśmy z uroków pięknej, słonecznej pogody.
Spacerowałyśmy chwilę po mieście, a później udałyśmy się na plac zabaw, na którym dziewczynki szalały prawie do upadłego.

Do domu wróciłyśmy dopiero jak zrobiło się chłodno.

Dziewczyny zdołały tylko zjeść kolację i padły ze zmęczenia.

1 MAJ

Pogoda od rana nas rozpieszczała. Było słonecznie i przyjemnie. 
Po śniadaniu udałyśmy się do kościoła, po Mszy szybki obiad i wypad na miasto.
Szłyśmy powoli, oglądając wystawy i podziwiając miasto. Dziewczyny korzystały ze wszystkich napotkanych „bujanych urządzeń” na pieniądze typu koń czy helikopter.
Nie mogło zabraknąć też lodów, które później niestety odchorowałyśmy L

Wracałyśmy do domy szybko gonione przez nadciągające granatowe, ciężkie chmury.

Deszcz dopadł nas pod samym blokiem i okazał się być tym prawdziwym majowym deszczem, który szybko przechodzi i po którym na niebo wraca słonko.

Zmęczone gonitwą, usadowiłyśmy się wygodnie na kanapie i postanowiłyśmy już nie ruszać się z domu.
Spędziłyśmy trochę czasu na grach i zabawach z dziećmi.

Wieczór przyszedł szybko i równie szybko zmorzył nas sen.

2 MAJ

Niestety mój dzień nie zaczął się dobrze i to nie za sprawą pochmurnego nieba i przelotnych opadów deszczu.
Obudził mnie ból gardła.
Mimo tego udało mi się jakoś uśmierzyć ból, pozbierać się i wybrać z dziewczynkami do sali zabaw, gdzie mogły się wyszaleć i wybawić.
Ja natomiast miałam chwilę czasu żeby posiedzieć z mamą, napić się spokojnie ciepłej (dla odmiany) kawy, zjeść ciasteczko i poplotkować.
W planie był jeszcze spacer po mieście i powolny powrót do domu, niestety pogoda pokrzyżowała nam plany.
Burza sprawiła, że zamiast spokojnego spaceru była szybka jazda taksówką i powrót do domu.
Dziewczynki były zmęczone, ale wybawione i szczęśliwe.

3 MAJ

Ostatni dzień naszego majowego weekendu również był słoneczny i dla odmiany spokojny.
Po kościele znalazłam czas na zabawę z dziewczynkami, obiad i chwilę na placu zabaw.
Później droga na dworzec i powrót do domu, który niespodziewanie przerodził się w wycieczkę krajoznawczą, bo z powodu wypadku musieliśmy jechać objazdem.
Na koniec trzeba było tylko dotaszczyć ta moją małą, ciężką torbę z powrotem do domu i rozpakować.

Fajnie było.
Odpoczęłam sobie totalnie.
Nic mnie nie obchodziło przez te dni.
Pełen spokój i luz.
Bez pośpiechu i wiecznej gonitwy.
Szkoda tylko, że ten weekend trwał tak krótko.

Muszę przyznać, że na całe szczęście prognoza pogody, którą widziałam przed wyjazdem nie sprawdziła się i mimo przelotnych burz i opadów jakie występowały przez ten cały majowy weekend to naprawdę było przyjemnie, słonecznie i ciepło.
Nie mogłam chyba wymarzyć sobie lepszej pogody!
http://kobietamag.pl/na-wakacje-bez-stresu-czyli-co-spakowac-walizki/



czwartek, 5 maja 2016

PUNKT WIDZENIA ZALEŻY OD PUNKTU SIEDZENIA


Czyli o tym jak mało wiedziałam o macierzyństwie, gdy nie miałam dzieci:)

Jakieś 8 lat temu, niedługo po ślubie zamieszkaliśmy z mężem w wynajmowanym mieszkaniu na 2 piętrze bloku na jednym z osiedli mojego ukochanego, rodzinnego miasta.
Nad nami mieszkała kobieta z dwójką dzieci w wieku szkolnym (podejrzewam ok. 10-11 lat) i psem. Zdarzało się, że piesek załatwiał się na balkonie, a później jego siki kapały na nasz balkon (fuuuj)!!!!
Ale nie o psie chciałam pisać.

Dzieci były żywe, bardzo żywe!!! Zdarzało się, że jeździły na rolkach po mieszkaniu do późnych godzin wieczornych, gdy my już leżeliśmy w łóżku szykując się do spania.
Bardzo często też, matka na nie krzyczała. Zdarzały się również przekleństwa w ich kierunku. Wtedy wydawało mi się to nienormalne i chore.
Bo jak można krzyczeć na takie dzieci?
Przecież można wszystko na spokojnie załatwić, porozmawiać, wytłumaczyć!!!! (tak wtedy myślałam!!!)
Ponieważ miałam znajomości w MOPSie poprosiłam o interwencję. Okazało się, że wszystko jest ok i nic złego tam się nie dzieje. Dzieci nie są bite ani nikt się nad nimi nie znęca (myślałam: "Jak to przecież TO BABSKO tak się na nie zdziera!!! Jakaś psychiczna!!!!")


Teraz jestem matką dwójki dzieci i zastanawiam się czasami, co myślą o mnie nasi sąsiedzi???!!!!
Co prawda, nie pozwalam moim dzieciom jeździć po domu na rolkach, ale przez dzień słychać od nas różne odgłosy.
Są to zarówno odgłosy:
·         spadających klocków,
·         rzucanych przez dzieci zabawek,
·         biegania po mieszkaniu (a ponieważ mamy tylko panele, więc podejrzewam, że trochę to słychać pod nami)
·         no i z bólem serca oraz wstydem muszę przyznać, że także moje krzyki (chociaż trafniejszym określeniem byłoby darcie gęby!!!) na dzieci, przekleństwa (a wierzcie mi, że potrafię rzucić mięsem) i małżeńskie kłótnie (które zdarzają się mimo, że nasi znajomi uważają nas za świetne, zgrane i przykładne małżeństwo).


Już wiem, że dzieciom nie zawsze da się wszystko na spokojnie wytłumaczyć.
Już wiem, że krzyczenie na dzieci nie zawsze oznacza znęcanie się. Często (przynajmniej w moim przypadku) jest jedyną metoda na to, by dziecko usłyszało co do niego mówię a także oznaką mojej bezsilności.
Już wiem, że wychowanie dziecka jest trudną, ciężką harówą, że są łzy, problemy, kłótnie i że czasami padają słowa, które z ust rodzica paść nie powinny.

Jest mi ogromnie wstyd i bije się w pierś za ten donos na biedną kobietę, która przecież sama wychowywała dwójkę dorastających dzieci i pewnie dwoiła się i troiła, żeby niczego im nie brakowało i podziwiam ją za to, że jeszcze nie zwariowała!!!!

No cóż.
Życie nauczyło mnie tego, że nie wszystko jest takie jak nam się wydaje i czasami trzeba wczuć się w czyjąś sytuacje, poznać kogoś bliżej, bądź w takiej sytuacji się po prostu znaleźć, żeby zrozumieć!!!!
http://www.demoty.pl/t/matka/2

TyleJ