Wyszedł.
Zamknął za sobą drzwi.
Bez słowa.
Dał tylko dziewczynkom całusa na dobranoc.
Wiedziałam, że zamierza wyjść.
Widziałam jak się ubiera.
Spodziewałam się tego po porannej kłótni, od czasu której się
nie odzywamy.
Kłótni niby takiej samej jak zwykle, a jednak innej,
głośniejszej i z dużą ilością niepotrzebnych słów.
To dziwne jak człowiek, który wczoraj był mi bliski i
kochany, dziś jest taki daleki, zimny, obcy.
Są chwile zwłaszcza po takich burzliwych awanturach, że czuje
się, jakbym była z obcym facetem i mam wrażenie, jakbym w ogóle nie chciała z nim być.
To smutne, bo spędziliśmy razem 8 lat i mamy dwie
fantastyczne córeczki.
A o co poszło????
Poszło jak zwykle o jego (późny jak dla mnie) powrót do domu
po północy w stanie wskazującym.
Może komuś wydaje się to dziwne, że się czepiam, ale ja nie
lubię jak wychodzi sam.
A niestety mieszkamy sami i nie mamy w pobliżu nikogo, kto mógłby
zostać z naszymi pociechami (6 i 2 lata dla przypomnienia), żebyśmy mogli wyskoczyć
gdzieś z domu razem.
Ja jak przystało na porządna matkę poświęcam się w całości
dzieciom i nie kręcą mnie już babskie wypady na miasto, które mąż mi nieraz
proponuje (zazwyczaj podczas kłótni kiedy mówi że on mi przecież nie broni wychodzić
na piwo z koleżankami. A byłam aż 2 razy w ciągu 7 lat!!!!!).
Mój mąż uważa, że idealne małżeństwo to takie, w którym
facet wychodzi gdzie chce, kiedy chce i tak tez wraca do domu.
Ja natomiast uważam, że skoro jesteśmy małżeństwem, to
powinniśmy wychodzić razem albo w ogóle.
Czasami (choć rzadko się to zdarza) wychodzi, ale wole wtedy
zabrać dzieciaki i jechać do mamy, żeby nie czekać nerwowo na jego powrót.
Mój mąż (chociaż on oczywiście uważa inaczej) jak już pije
to przeważnie brakuje mu umiaru (on oczywiście uważa, że nawet nie jest pijany
i że jak zwykle robię problem z niczego). Najbardziej wkurza mnie jak wraca w
stanie nieważkości w biały dzień. Już nawet nie chodzi mi o sąsiadów, którzy to
widza.
Chodzi mi o dzieci.
Co mam im powiedzieć???? Że tatuś się narąbał???? Czy
kłamać, że zmęczony????
Mam uraz z dzieciństwa. Patrzyłam na pijanego faceta mojej
mamy, wiec wiem, co mogą czuć moje dzieci. Wiem też, jak czuła się moja mama i wiem też ile to kosztuje nerwów.
Pojawia się tylko pytanie w mojej głowie „czy to będzie lepsze dla
dzieci???
Fundowanie im zmiany zamieszkania, nowej szkoły, tłumaczenie dlaczego
tatuś nie mieszka z nami????”
Muszę się myśleć racjonalnie, na chłodno, bez emocji.
Muszę myśleć przede wszystkim o dzieciach, nie o sobie.
W końcu czasami każdy ma ochotę wyrwać się z domu i urżnąć
się do nieprzytomności, ale czy wypada to odpowiedzialnemu ojcu?
Głowie
rodziny?
Osobie, która powinna być wzorem dla naszych dzieci?
Cały czas biję się z myślami co mam dalej zrobić……….
Bo przecież ja, nigdy się nie upijam. Też mam ciężkie dni,
stresy i czasami bym nawet miała ochotę, ale coś w mojej głowie podpowiada mi,
że jestem matką, że muszę być czujna i trzeźwa cały czas.
Wrócił.
Nie było go tylko ponad pół godziny.
Trochę mi ulżyło, że wrócił, że będę spokojnie spała, nie
zastanawiając się kiedy i w jakim stanie wróci.
Teraz zastanawiam się, czy mam się nadal nie odzywać (jestem
w tym dobra bo ostatnio trwało to 4 dni), unieść się honorem, nadal mieć focha?
Przecież nie żałuję tego, że jestem zła, że wkurzyłam się,
bo miał wyjść z kolegą na piwo na chwilę, a nie wrócić po północy (i to dopiero
po mojej interwencji telefonicznej) w stanie bardzo chwiejnym.
Żałuje tylko wykrzyczanych, niepotrzebnych słów o tym, że
się wyprowadzę z dziećmi (i mimo, że czasami tak myślę, to chyba tak naprawdę
tego nie chcę).
A może szkoda marnować czasu na kłótnie. Może powinnam jako
pierwsza (co się zdarza bardzo rzadko, a nawet prawie nigdy) wyciągnąć rękę na
zgodę. W końcu jak długo można się do siebie nie odzywać mieszkając na 38m2.
Zmieniliśmy się od dnia ślubu, to wiem na pewno.
Nie potrafię powiedzieć kto bardziej.
Ja zawsze miałam ciężki charakter, ale nigdy tego nie ukrywałam
.
Może teraz jest on jeszcze trudniejszy do zaakceptowania?
Nie wiem.
Wiem na pewno, że gdybyśmy nie mieli dzieci, to nie
bylibyśmy nadal razem.
Chociaż może gdybyśmy nie mieli dzieci, nie byłoby tych
wszystkich kłótni o jego wyjścia na „piwo”, o podział obowiązków w domu, o brak
czasu dla dzieci, o brak sexu.
Sama nie wiem.
Jeśli już wspomniałam o braku sexu, to chciałabym kontynuować
ten wątek.
Mianowicie chodzi mi o to, że facet chciałby, żeby cały czas
było tak jak przed ślubem. Niestety u mnie to tak nie działa.
Po 1 porodzie straciłam ochotę, a właściwie straciłam ją już
będąc w ciąży.
Po jakimś czasie, gdy nasza pierworodna córka podrosła i
odzyskałam już w miarę swoje ciało, częściowo wróciła mi ochota.
Podkreślam CZĘŚCIOWO.
Bo jak wiadomo większości matek po całym dniu spędzonym z
dzieckiem, które co chwilę czegoś chce i po wykonaniu wszystkich domowych
obowiązków jedyną rzeczą, o której się najczęściej marzy to sen.
A nie sex.
Po 2 porodzie było jeszcze gorzej.
W zasadzie mam ochotę na zbliżenie tylko przez kilka dni po
miesiączce, a później wykonuję tylko swoje małżeńskie obowiązki, ale tez nie za
często.
Mój mąż ciągle narzeka, że za mało, że tak samo, że nudno.
Czasami, tak sobie w duchu myślę, że chciałabym, żeby
znalazł sobie kogoś, kto by go wreszcie uszczęśliwił.
Oczywiście nie wybaczyłabym mu zdrady, więc wyprowadziłabym
się z domu.
Miałabym przynajmniej święty spokój, ale czy byłabym
bardziej szczęśliwa?
I czy właściwie o taki święty spokój mi chodzi?
Póki co postanowiłam, że nie ma sensu dłużej ciągnąć tej
szopki i traktowania siebie nawzajem jak powietrze.
http://zaklopotanie.blox.pl/resource/klotnia.jpg
***
Post napisałam już jakiś czas temu, w przypływie emocji,
zanim jeszcze pewna dobra dusza namówiła mnie na założenie bloga i mimo, że nie
jest on aktualny postanowiłam się nim z Wami podzielić J

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz