środa, 21 czerwca 2017

KONTAKTY I KONFLIKTY RODZINNE

Zawsze miałam bardzo dobry kontakt z mamą.
Nigdy nie musiałam jej okłamywać, gdy trzeba było usprawiedliwić moją nieobecność w szkole z powodu wagarów, ani gdy w wieku 15 lat zaczęłam chodzić na dyskoteki, ani też gdy z 4 przyjaciółkami postanowiłyśmy wyjechać stopem na majówkę do kolegi mieszkającego 150 km od naszego miasta w wieku 15-16 lat (moja mama była jedną z nielicznych mam, która znała całą prawdę).
Nigdy też nie miałam z jej strony presji na świadectwo z paskiem czy najlepsze oceny. Wiadomo, że każdą "pałę" musiałam poprawić, ale nie robiła mi z jej powodu dzikiej awantury, ani nie dostawałam w skórę, jak co niektórzy w tamtych czasach.
Zawsze mi się wydawało, że moja mama była lubiana wśród moich znajomych. Uśmiechnięta, lubiła pożartować i była wyluzowana.
Mój mąż chyba kiedyś też ją lubił (tetaz to ją tylko toleruje), ale jakoś po ślubie relacje między nimi się zmieniły, a to wpłynęło też na mnie i moje relacje z nimi. Stałam między przysłowiowym młotem, a kowadłem.
Mam pewne przypuszczenia, że mogło to być spowodowane kłótnią o pieniądze, kiedy to wynajęliśmy mieszkanie i rozliczaliśmy się z mamą z oplat za życie u niej. Doszło do głupiej sytuacji, której nie będę tu przytaczać bo i po co, ale wydaje mi się, że ten moment zaważył właśnie na tym, jak potoczyło się nasze dalsze życie i relacje rodzinne.
Po tym wydarzeniu nigdy nie było już tak samo.
Wiedziałam też, że mama przeżywa moją wyprowadzkę, no ale wydawało mi się to normalne.
Starałam się z nią spotykać (oczywiście głównie wtedy, gdy męża nie było w domu), odwiedzać ją, pomagać.
Nadszedł dzień kiedy to kupiliśmy mieszkanie 15 km od mojego rodzinnego miasta.
Pierwsze miesiące tam, to był koszmar. Nikogo nie znałam, siedziałam w domu sama jak pies.
To był chyba najgorszy okres w moim życiu. Byłam wtedy na etapie ciąży, porodu, połogu i pierwszych miesięcy macierzyństwa. Może dlatego, że byłam z tym wszystkim praktycznie sama, a do tego jeszcze nie miałam odwagi powiedzieć o swoich uczuciach mężowi ten cały okres wczesnego macierzyństwa wspominam niemiło, wręcz koszmarnie. Tak dusiłam to w sobie przez kilka lat.
Gdyby zbadał mnie wtedy jakiś psychiatra mógłby dojść do wniosku, że przechodziłam pewnego rodzaju depresję, która powraca do mnie jeszcze czasami.
Kilkakrotnie zmusiłam się do rozmowy z mężem, w której próbowałam przekonać go, do powrotu do mojego rodzinnego miasta. Jednak bezskutecznie.
To, co z tej całej sytuacji boli mnie najbardziej, to jest to, że mój mąż nie słuchał co do niego mówiłam i nie próbował mnie zrozumieć.
Powoli jednak pojawiały się w moim życiu osoby, do których mogłam przyjść wyżalić się, wypłakać, pogadać i może one nawet o tym nie wiedzą, ale będę im do końca życia wdzięczna za pomocną dłoń, ramię i okazane serce.

Z czasem jakoś nauczyłam się żyć tu, gdzie teraz jestem i ciężko byłoby mi się stąd wyprowadzić. Przywiązałam  się do miejsca i do ludzi.
Nadal jednak moim największym marzeniem jest powrót do domu. Nie chodzi mi oczywiście o dom jako mieszkanie mamy, tylko o miasto.
Nie chciałabym mieszkać z mamą, bo mimo, iż pomoc dziadków jest bazcenna i niezastąpiona przy dzieciach to jednak przyzwyczaiłam się do mieszkania z własną rodziną.
Chciałabym tylko mieć bliżej mamę z racji jej niemłodniejącego wieku, a także do pomocy przy dzieciach, gdy chciałabym wrócić do pracy albo poprostu odpocząć czasem od naszych małych ciągle gadających pociech.


Tak nawiązując do tytułu posta, to była ostatnio taka sytuacja, że moja mama zapytała mojego męża czy by jej mieszkania nie pomalował w trakcie jej tygodniowej nieobecności. Mój mąż  oczywiście zaczął swoje "a wiesz, bo to nie jesy takie proste jak Ci się wydaje" (to jego ulubione zdanie, do którego ja już się przyzwyczaiłam). Jak słuchałam jego żali podczas rozmowy z moją mamą, ile to roboty i co tam nie trzeba robić, to wywracałam oczami. No ale ich rozmowa stanęła na tym, że ma się mój mąż zastanowić. Po rozmowie pyta się mnie, co ma zrobić. Ja się chwilę nie odzywałam żeby sobie pogadał sam do siebie i mówię, że jak on tego mamie nie zrobi to nikt nie zrobi, bo mama sama jest itd.
No i sie zgodził.
Dzwonię do mamy, a ona wkurzona na niego,że on jej tak powiedział i że nie chce już żeby jej robił remont.
Trochę się we mnie woda zagotowała. Tłumaczę więc kobiecie, (która nigdy męża nie miała i chyba nie wie, że z facetami to nie jest wszystko takie hop siup) że to taki typ człowieka i że sobie musi pogadac i ponarzekać, ale w sumie to dobry z niego człowiek i żeby teraz nie zmieniała zdania, bo będę miała awanturę w domu i skróconą rodzinę do Bożego Narodzenia albo i dłużej.
Jak się uspokoiła to w końcu dała się przekonać.
Niby dorośli ludzie, a jak dzieci!

http://m.demotywatory.pl/4650661

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz