W ostatnich miesiącach dużo się działo w moim sercu i w głowie.
Mimo, że na twarzy cały czas gościł uśmiech, to oczy skrywały największą tajemnicę.
Prawie nikt nie wiedział ile razy płakałam po kryjomu, w przedszkolnej łazience, na spacerze, w domowym zaciszu, pod prysznicem, czy w łóżku, gdy wszyscy domownicy już spali.
Moje małżeństwo nigdy idealne nie było, o czym pisałam tu wielokrotnie, ale w życiu bym nie przypuszala, że będę się bała własnego męża.
Całe dotychczasowe życie byłam przekonana, że są rzeczy, których mój mąż nigdy by nie zrobił. Ostatni czas zweryfikował moje myślenie. Przyszedł taki dzień, po którym wiem, że po nim to ja się już mogę spodziewać wszystkiego.
Ale od początku.
Był czerwcowy wieczór.
Mój stary miał imprezę z pracy z okazji zakończenia roku szkolnego.
Jak poszedł rano do pracy, tak wrócił chyba po 23, w stanie wskazującym na spore upojenie.
Witając go w drzwiach zapytałam tylko, czy pamięta o wizycie u dentysty z młodszą córką następnego dnia. No i się zaczęło.
Bredził, że może wyjść i nie wrócić, później bałakał coś o samochodzie. Zabrałam mu kluczyki, co sprawiło, że wpadł w szał. Nazwał mnie suką. Powiedział, że zrobi mi piekło w domu, jak mu ich nie oddam.
Nigdy się tak nie bałam. Chwyciłam za telefon i powiedziałam mu, że dzwonię na policję. Zaczęłam wybierać numer i zastanawiałam się, co im powiem i jak później będzie wyglądało nasze życie. A on, ani się nie przejął, ani nie przestraszył.
Rzuciłam kluczyki w stronę przedpokoju. Tam akurat stała suszarka z ciuchami.
Nie mógł znaleźć kluczyków. Rzucał suszarką po podłodze, chyba wszyscy sąsiedzi słyszeli, bo był środek nocy.
Mówił, że nie chce ze mną być, że popełnił błąd, że on mi jeszcze pokaże.
W życiu go takiego nie widziałam. Miał złość w oczach i nienawiść. Jak coś do niego mówiłam, czy pytałam, odpowiadał tylko, że "jebie go to".
Znalazł kluczyki i wyszedł.
Myślałam, że umrę z nerwów w nocy. Cały czas wracała do mnie ta sytuacja. Nie mogłam spać. Bolał mnie żołądek i myślałam, że zwymiotuje z nerwów.
Pan mąż wrócił grubo po północy. Wykąpał się i poszedł spać.
Rano miał do mnie pretensje, że się nie odzywam do niego i mówił, że to wszystko moja wina.
Tego dnia praktycznie nic nie jadłam, żołądek miałam ściśnięty i ponoć wyglądałam okropnie. Płakałam po kątach w pracy, gdy tylko przypomniałam sobie to, co działo się w nocy.
Jakoś przetrwaliśmy weekend w milczeniu. Wymienialiśmy tylko między sobą komunikaty.
W niedzielę wieczorem nie wytrzymałam.
Rozpoczęłam rozmowę i znowu się zaczęło. Zapytałam dlaczego mnie obraża i poniża. A on na to, że to moja wina, bo głupio do niego zagadałam. Powiedziałam mu, że ja go nie wyzywam. A on na to, że mogę zacząć. Przez chwilę bałam się, że dowiem się, że nasze małżeństwo nie ma sensu.
Wtedy się bałam, a po kilku miesiącach od tego wydarzenia myślałam i marzyłam tylko o tym, żeby od niego odejść. Nie potrafiłam sobie poukładać w głowie tego, że jednego dnia ktoś może mówić takie rzeczy i wyzywać kogoś, a na następnego przechodzi mu przez gardło "kocham cię" jak gdyby nigdy nic.
Ale tkwię w tym wszystkim, bo nie mam odwagi odejść. Powtarzam sobie tylko, że robię to dla dzieci.
Od tego czasu minęło ponad 3 miesiące i nadal mam przed oczami tą sytuację.
Za każdym razem gdy to do mnie wraca, czuję w żołądku dziwny skręt i łzy napływają mi do oczu.
Mimo, iż jest między nami chwilowo lepiej, to w pamięci wszystko zostało i drżę na myśl o jego kolejnej imprezie z pracy z okazji Dnia Edukacji Narodowej.
Ponieważ posta pisałam już tydzień temu ale z braku czasu nie miałam kiedy wrzucić uaktualniam go informacją, że powrót starego z imprezy był spokojny i obyło się bez awantury.
Amen
https://redmik.pl/memy-dla-doroslych/awantura/

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz